Jak już kiedyś pisałam, jednym z moich ulubionych sposobów na tworzenie nowych przepisów jest czytanie na etykietach składu potraw, sosów, past itp. W ten sposób, trochę kombinując, bo nie każdy ze składników znalazłam w pobliskim sklepie, wymysliłam zupę tajską*. Zamiast trawy cytrynowej użyłam limonki, zamiast bulionu rybnego - łososia i sosu rybnego. Coś tam jeszcze pozamieniałam, ale co - już nie wiem. Wiem za to, że jest pysznie i zdrowo. A to najważniejsze.
To, co najbardziej lubię i czego nigdy nie zmienię we wszelkiego rodzaju zupach azjatyckich to fakt, że są one pełne dodatków. Że można je jeść pałeczkami i jedynie popijać intenstywnym wywarem prosto z miseczki. I to właśnie jest najważniejsze - że można je bardziej "jeść" niż "pić".
Dania kuchni tajskiej potrafią być bardzo pikantne. I choć od niedawna eksperymentuję ze smakiem ostrym, to moja wersja nie umywa się do tamtejszej kuchni, która wywołuje piekło w buzi. Jednak jak ktoś to lubi, to może wzbogacić mój przepis o dowolną ilość ostrych papryczek wszelkiego (ulibionego) rodzaju.
*Oryginalnej pasty nie kupiłam, bo jak niestety większość tego typu produktów, pełna była konserwantów, barwników i wzmacniaczy smaku. A tego unikamy jak ognia.